Stephen upadł w tył, zakrywając twarz rękami. Czuł piekące rany i widział, jak na smołowany dach kapią z nich drobne krople krwi.
Po co czekałem? Po co? Mogłem go zastrzelić i już by mnie tu nie było.
Po co?
Odgłos helikoptera, nadlatującego nad budynek. Syreny.
Odwrót, żołnierzu! Odwrót!
Spojrzał w dół i zobaczył, jak Jodie chowa się za samochodem. Stephen włożył model 40 do futerału, zarzucił na ramię plecak i po schodach przeciwpożarowych zbiegł w alejkę.

Druga tragedia.
Percey Clay przebrała się i wyszła na korytarz, wspierając się bezwolnie na Rolandzie Bellu, który podtrzymywał ją ramieniem.
Tragedia. To nie był kłopot z mechanikiem czy problemy z czarterem. Zginął jej przyjaciel.
Och, Brit…
Wyobrażała go sobie, jak z szeroko otwartymi oczyma, ustami rozchylonymi w niemym krzyku biegł wprost na tego strasznego człowieka. Próbował go zatrzymać, oburzony tym, że ktoś zamierza zabić jego, zabić Percey. Bardziej wściekły niż przestraszony. Twoje życie było takie pedantyczne, pomyślała. Nawet ryzyko skrupulatnie obliczałeś. Lot brzuchem do góry na wysokości pięćdziesięciu stóp, korkociągi, skoki spadochronowe. Widzom wszystko wydawało się niemożliwe. A jednak dobrze wiedziałeś, co robisz i jeśli kiedyś pomyślałeś o przedwczesnej śmierci, sądziłeś, że nawali jakaś dźwignia, zapcha się przewód paliwowy albo nieostrożny uczeń wepchnie ci się przed nos.
Świetny autor książek o lotnictwie, Ernest K. Gann, napisał, że los jest jak myśliwy. Percey zawsze sądziła, że miał na myśli naturę albo nieszczęśliwe okoliczności – kapryśne żywioły, perfidne i zawodne mechanizmy, które strącają samoloty na ziemię. Lecz los okazał się bardziej złożony.

* * *
Widział świat tak, jak mógłby go widzieć ptak, mknący pod nim, gdy czarodziej wspinał się wyżej i wyżej w niebo, odnajdując prądy powietrzne, które niosły ich szybko mniej więcej w pożądanym kierunku, na południe i ku morzu.
Z początku Regis zastanawiał się, jak bardzo byli odsłonięci jako czarna kropka na niebieskim niebie, lecz w miarę wznoszenia niziołek zatracił się w obserwacjach. Spoglądał na rozlewający się pod nim krajobraz. Gdy minęli pewną grań górską, grunt pod nimi opadł tak szybko, że niziołkowi brakło tchu. Zauważył poniżej stado jeleni i nabrał otuchy z ich wyglądu, bowiem jeśli były zaledwie małymi, ledwo dostrzegalnymi czarnymi plamkami, to jak mały musiał wydawać się Robillard wraz z nim z ziemi. Jak łatwo było ich pomylić z ptakiem, uświadomił sobie Regis, zwłaszcza zważywszy na ciągnącą się za czarodziejem pelerynę.
Oczywiście nagłe uświadomienie sobie, jak wysoko byli, wkrótce wznieciło w Regisie inne obawy i chwycił się mocno barków czarodzieja.
– Przestań tak szczypać! – Robillard wrzasnął przebijając się przez wicher, a Regis posłuchał, choć tylko troszkę.
Wkrótce znaleźli się nad zimnymi wodami, a Robillard sprowadził ich trochę w dół, poniżej linii szczytów górskich. Pod nimi biała woda rozbijała się o liczne majaczące skały, a fale uderzały o skaliste wybrzeże w wojnie toczącej się od tysiącleci. Choć byli już niżej, Regis nie był w stanie powstrzymać się przed ponownym mocnym ściśnięciem.
Wąska strużka dymu przed nimi ostrzegła ich przed obozowiskiem, a Robillard natychmiast spłynął z powrotem w kierunku brzegu, wlatując za najbliższe szczyty i starając się wykorzystać je jako tarczę przeciwko oczom wszelkich potencjaln.

- A dlaczego Newander jest nadal Newanderem? – naciskał Cadderly, domyślając się źródła rozpaczy Newandera.
Zauważył, że jego pytanie mocno zraniło nadal pozostającego w ludzkiej postaci druida i stwierdził, że w głębi duszy zna odpo­wiedź.
Skłonił się szybko, wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Miał odejść, ale zmienił zdanie i puścił się biegiem.
Newander oparł się o framugę okna i przygląda) swoim zwie­rzęcym towarzyszom. Coś się tu wydarzyło, podczas gdy wędrował po górach, choć w dalszym ciągu nie wiedział, czy stało się dobrze czy źle.
Bał się o przyjaciół, ale jednocześnie im zazdrościł. Czy podczas gdy nie było go z nimi, zdołali odkryć jakąś tajemnicę, sposób na pełne połączenie się z niezachwianym porządkiem natury? Widział już wcześniej Arcite’a pod postacią niedźwiedzia i bez trudu rozpoz­nał druida, ale jeszcze nigdy nie było tak jak teraz. Ten niedźwiedź opierał się wszelkim podejmowanym przez Newandera próbom nawiązania kontaktu. Arcite był prawdziwym niedźwiedziem, zarówno ciałem, jak i duchem. Tak samo rzecz się miała z Cleo, żółwiem.
Newander pozostał człowiekiem, sam jeden w domu kuszącej cywilizacji. Miał nadzieję, że jego przyjaciele niebawem powrócą; obawiał się, że bez ich pomocy kompletnie się zagubi – zboczy z obranej drogi.
Wyjrzał przez okno i podążył wzrokiem w stronę majestatycz­nych gór i świata, który tak kochał. Jednak pomimo ogromu tej miłości druid nadal nie potrafił określić, gdzie było jego miejsce.
Po przybyciu do kuchni Cadderly stwierdził, że krasnoludy znów prały się aż miło. Garnki, patelnie i noże kuchenne świstały w powietrzu, rozbijając ceramiczne naczynia, odbijając się z brzękiem od metalowych i wybijając dziury w ścianach.
- Ivan! – wrzasnął Cadderly, a rozpacz w jego głosie sprawiła, że pojedynek ustał.